Z końcem czerwca przylecieliśmy (tym razem bez opóźnień) do Meksyku choć samolot trząsł się i trzeszczał, szczęśliwie zlądowaliśmy w Cancun i tu dopiero zaczęły się schody. Jest zasadnicza różnica w traktowaniu podróżnego przybywającego z Europy, a tego, co przylatuje z Hawany. Po serii pytań po co byliśmy na Kubie, po co jedziemy do Meksyku (i czy musimy), dlaczego nie mamy biletu powrotnego i ile mamy pieniędzy, wreszcie po demonstracji kart płatniczych i kredytowych personel lotniska wpuścił nas na terytorium kraju. Po krótkim odpoczynku w Puerta Morelas i nacieszeniu się Internetem ruszyliśmy tropem cywilizacji Majów. Pierwsze ruiny, Ek’ Balam dostarczyły nam nieco ekstremalnych wrażeń. Ale po kolei…
Z Valladolid, pojechaliśmy do ruin i ledwo wysiedliśmy objawiła się pora deszczowa w pełnej krasie. W ciągu chwili niebo pociemniało i polały się strugi deszczu. Mamy czas, poczekamy… Po godzince wreszcie wyszło słońce, choć deszczyk jeszcze siąpił. Niczym nie zrażeni, weszliśmy na teren rezerwatu. Ledwo doszliśmy do pierwszej budowli, zaczęło lać. I to konkretnie. Nic to, próbujemy zwiedzać dalej, po chwili jednak zerwał się silny wicher i zagrzmiało. Pobiegliśmy schronić się pod wielkim kamiennym łukiem i się zaczęło. Grzmiało ze wszystkich stron, niebo rozjaśniły błyskawice, a z palm zaczęły sypać się liście. Utknęliśmy skuleni pod daszkiem, nerwowo przypominając sobie zasady zachowania się podczas burzy.

Pioruny waliły jeden po drugim, huk straszny – burza była dosłownie nad nami. Po jakiś 40 minutach, które nam zdały się wiecznością, wszystko skończyło się tak szybko, jak się zaczęło. W porównaniu z tym, wejście na czubek piramidy okazało się spokojną i relaksującą rozrywką. Ek’ Belem położone jest, jak większość ruin, w dżungli, toteż po wejściu na szczyt, naszym oczom ukazało się morze zieleni aż po horyzont.

Po powrocie do Valladolid i snuciu się po uliczkach z kolonialną zabudową, zrobiliśmy dwie fajne rzeczy: poszliśmy na chococafe do lokalnej fabryczki czekolady i skorzystaliśmy z uroków Cenote Zaci, który położony jest 5 minut spacerkiem od głównego placu miasta.









2 comments on Ek’ Balam i Valladolid
Asia i Artur
Uwielbiam burzę pod kazda postacią a zwłaszcza pod tą glośną i z piorunami …Od dziecka się jej nie bałam i biegałam po podwórku w strugach deszczu …kolejna przygoda na mojej liście której wam zazdroszcze …;-)
frikiafriki
To miałabyś niezłą uciechę, bo tutaj ten deszcz, jak już leje to strugami; a jak błyska i grzmi, to konkretnie. Normalnie jazda na błyskawicach
– Piotr