Stukot końskich kopyt, pokrzykiwanie sprzedawców, rozmowy w najróżniejszych językach, muzyka i pokazy taneczne na świeżym powietrzu. Taką paletę dźwięków i obrazów oferuje piękna starówka Cartageny, która powala kolorami i zabytkową architekturą, ale dziś nie o sztuce. W tym wpisie raczej zdarzenia i kadry z życia ulicznego, a jest ono burzliwe i ciekawe, jak na wielka metropolię przystało.  

cartagena ulica-20

Cartagena ma charakter nadmorskiej twierdzy z czasów kolonialnych, z jednej strony ma się poczucie, że jest się w Hiszpanii, z drugiej nie brakuje lokalnego charakteru. Z jednej strony dostojne panie w eleganckich sukniach wieczorowych wysiadające z powozów pod katedrą, marmurowe posadzki, pozłacane żyrandole; z drugiej półnagie ciała czarnych karaibskich tancerzy wirujących ekstatycznie w rytm bębnów , piszczałek i grzechotek. Miasto urzeka swym  pięknem i różnorodnością i choć jest niesamowicie turystycznie, to zarazem bywa swojsko i kameralnie. A w dodatku po prostu ładnie i z fantazją. Niemal cały nasz pobyt spędziliśmy szwędając  się po ulicach, oglądając lokalnych tancerzy  i przesiadując na placach lub kryjąc się przed upałem w uroczych kawiarenkach. Kolumbijski street tętni już życiem od 5 rano, gdzie zaczynają krążyć z termosami sprzedawcy kawy tinto i papierosów oraz  rozstawiają się pierwsze stragany. Jeśli nie stać Cię na knajpy turystyczne, swobodnie wyżywisz się na ulicy, gdzie serwują pizzę, szaszłyki, arepę oraz inne wynalazki wraz z sokami owocowymi.

cartagena ulica-3Uśmiechnięci  sprzedawcy recytują swe wyszukane formy językowe, co niekiedy zaskakuje i rozczula,  zwłaszcza gdy o tym nie wiedziałeś wcześniej i  jesteś w towarzystwie żony, a seksowna kelnerka któryś raz z rzędu mówi do ciebie „mi Amor” czy „mi corazon” (Moja miłości, Serce moje). Okazuje się, że to tu normalny zwyczaj, a Castellano w wersji kolumbijskiej zawiera bardzo wiele zwrotów  grzecznościowych, więc pracownicy sektorów usługowych mogą zwracać się do ciebie z duża dozą życzliwości, czułości i szacunku. Tak więc „A la orden” Drodzy Czytelnicy.

cartagena ulica-14

Sprzedawcy wszelakiej maści  są ci w stanie zaoferować wszystko, a zwykłe zakupy mogą przybrać nieoczekiwany obrót bo raczej przy zakupie baterii do telefonu w środku miasta nie spodziewasz się degustacji whisky czy zakupu koki, ale zacznę od początku, nie uprzedzając faktów, gdyż okazuje się , ze jest to możliwe.  Otóż zaczęło się od awarii telefonu Ani, który się zbyt szybko rozładowywał, więc pobiegliśmy do najbliższego punktu sprzedaży telefonii komórkowej. Tamtejszy pracownik  potwierdził  nasze przypuszczenia co do zepsutej baterii i polecił kupić nową. A , że nie miał jej w asortymencie podał jakiś adres pawilonów handlowych do których się udaliśmy. Niestety działając w pośpiechu i zamiast wejść do centrum handlowego zaczepiliśmy pana mającego stragan z akcesoriami komórkowymi.  Uśmiechnięty sprzedawca przyniósł potrzebną nam baterię, kazał sprawdzić i gdzieś się ulotnił na chwilę, aby rozmienić pieniądze. W tym momencie siedzący obok typek z butelką alkoholu, na którego wcześniej nie zwróciłem uwagi, zaczął do nas mówić. Z początku było normalnie, ale z czasem zaczęła się robić z tego niezła parodia, bo chcąc ustawić w telefonie datę i godzinę zacząłem go pytać, który dziś jest. Na co koleś się rozkręcił niesamowicie i zaczął krzyczeć oraz zaczepiać ludzi, pytając kolejnych przechodniów: o rok, miesiąc, dzień i cholera wie co jeszcze. Przy tym wszystkim usilnie próbował nas częstować pitym alkoholem. Gdy uporaliśmy się z ustawieniami w telefonie, nasz wesoły Amigo wyjął z kieszeni kilka malutkich torebek z białym proszkiem i zaproponował zakup koki wołając radośnie: „Solo diez mil pesos” (czyli poniżej 5$). Cała ta akcja wprawiła nas w osłupienie, chyba jako jedynych, gdyż okazało się, że nikt z przechodniów specjalnie się tym nie przejął. Szybko zabraliśmy resztę kasy, którą rozmienił  i przyniósł sprzedawca, odmówiliśmy oferowanych wyskokowych nabytków i udaliśmy się do naszego hostelu, słysząc jeszcze dobiegające za pleców nieśmiertelne ,,Siempre a la orden”.

Oto kolumbijski street- kolonialna architektura, zabytki, niesamowite kolory, sztuka i inne wysublimowane bajery pod turystów oraz ciemna strona mocy czyli bieda, przemoc i koka tańsza niż dobry obiad w restauracji.