Długo się zastanawialiśmy jak zrobić wpis o kraju, który jest tak wielki i tak zróżnicowany geograficznie, kulturowo, cenowo. Tak długo się zastanawialiśmy, że aż dojechaliśmy do Kolumbii. Przypomnieliśmy sobie jakie sami mieliśmy dylematy przed wyjazdem do Meksyku i to o nich dziś będzie, plus parę porad i sprawdzonych namiarów.
Z biletem w jedną stronę, brak wizy amerykańskiej, czyli czy nas wpuszczą do kraju?
Wielu ludzi zaczyna swoją przygodę z Ameryką Łacińską w Meksyku. Najtańsze regularne połączenia oferuje Condor lub promocje Thomasa Cooka. Lecieliśmy Condorem i we Frankfurcie sprawdzano czy mamy bilet wylotowy – mieliśmy na Kubę, pani rzuciła okiem, nawet nie czytając, więc duże prawdopodobieństwo, że fikcyjna rezerwacja też by przeszła. Przylatując z Niemiec zero problemów, przylatując z Hawany mieliśmy masę problemów (chcieli oglądać karty, gotówkę, wszystko). Radzimy radośnie nie wpisywać, że chcecie spędzić 100 dni, bo Wam po negocjacjach dadzą 60 i jeszcze odmówili przedłużenia pobytu po 2 miesiącach, więc może lepiej zadeklarować się na niewinne 30, a oni wpiszą w paszport 180 z automatu. Wjeżdżając od strony Gwatemali znowu żadnych problemów, pewnie dlatego, że nie wyglądamy na latynowskich emigrantów 180 dni z automatu i jeszcze nam pogranicznik poopowiadał o ładnych miejscach w stanie Chiapas, życząc miłego dnia.
Brak wizy amerykańskiej + stempel z Kuby to nie było najlepsze połączenie im bardziej zbliżaliśmy się na północ Meksyku. Zarówno federalni, jak i wojskowe kontrole miały z tym problem, traktując nas jako potencjalnych szpiegów Fidela albo chętnych na nielegalną pracę w Stanach. Dochodziło nieraz do kuriozalnych scen typu „udowodnijcie mi, że jesteście turystami, bo wcale nie musimy Was puszczać dalej” – gdy jeden magnesik z Kuby nie wystarczał, pomagało mówienie urażonym tonem, że mieszkam w Unii Europejskiej, na pracę nie narzekam, a do kraju o kulturze hamburgera się nie wybieram, bo nie ma w nim nic dla mnie interesującego. To starczało, ale zawsze stresik lekki był.
Jeśli przylecieliście samolotem, to nie płacicie podatku wyjazdowego ok. 300pesos
Pora deszczowa czy faktycznie taka straszna?

Odpowiedź jest i tak i nie, wiele zależy od tego co chcesz robić, jeśli planujesz zwiedzanie miast czy nawet plażowanie, to deszcz, który zazwyczaj pada po południu lub pod wieczór nie stanowi większej przeszkody, jeśli jednak planujesz wysokie góry i dłuższe trekkingi z namiotem, to nie jest najlepszy pomysł.
Niewątpliwym plusem pory deszczowej jest: mniejsza ilość turystów, łatwość w znajdowaniu noclegu i negocjowanie cen. Minusy odczuwa się przede wszystkim w górach, gdzie pada solidnie, niekiedy od wczesnego popołudnia do nocy, szare niebo na zdjęciach i długie suszenie się ciuchów, jeśli pierzecie ręcznie, no i entuzjazm do rozstawiania namiotu też jakby mniejszy. Nasze obawy co do dengi, malarii czy innych chorób przenoszonych przez owady nie potwierdziły się – tzn. są kampanie informacyjne, ale jak rozmawialiśmy z mieszkańcami, to wszyscy twierdzili, że denga zdarza się niezwykle rzadko i mamy po prostu używać replementów i nie panikować.
Jak to jest z tym bezpieczeństwem?
Nie negując wojny narkotykowej, która toczy się aktualnie w Meksyku, korupcji, walk na terenach ścierania się wpływów poszczególnych karteli, problemu zaginionych kobiet w Ciudad Juarez itp., to w naszym poczuciu Meksyk dla turysty jest bezpiecznym krajem, bo z turysty są pieniądze. Wiele razy od Meksykanów słyszeliśmy, że nic nam nie grozi, chyba, że zaczniemy sami szukać kłopotów, mówi się też o tym, że płotki, które naprzykrzają się turystom znikają bez wieści, bo psują interesy dużym rybom. Przy okazji zwróciło naszą uwagę, że narkotyki i kartele to naprawdę jest temat tabu i mieszkańcy boją się o tym rozmawiać, podobnie jak niechętnie rozmawiają o policji czy polityce. Jedyne miejsca, o których słyszeliśmy nieprzyjemne historie to Mexico City (i dojazd do Teotihuacan) i autostrada / szosa przejeżdżająca przez tereny Zapatystów, zdarzają się zbrojne napady na autobusy.
Natomiast jak się coś zdarzy, to wszyscy zgodnie twierdzili, że nie ma co liczyć na policję. W Meksyku są trzy rodzaje policji: miejska, stanowa i federalni. Miejscy policjanci okazali się bardzo pomocni i przyjaźni, pomagają przejść przez ulicę, zagadują czy wszystko ok, pokażą drogę. Z federalnymi mamy nieprzyjemne skojarzenia, cmokali z niezadowoleniem na nasze kubańskie pieczątki w paszporcie, jako jedynych białych pasażerów przesłuchiwali z naszych celów podróży co, po co jak i dlaczego. Spotkaliśmy też turystów, na których federalni wymusili łapówki za jakąś pierdołę typu brak paszportu przy sobie, bo: „sam pan rozumie, taki jest mandat, ale jak pan nie zapłaci, to będziemy musieli pana przymknąć, żeby zrobić dochodzenie, a bardzo tego nie chcemy i pan tego pewnie też nie chce”.
Czy się dogadamy?
Jeśli nie mówisz po hiszpańsku, to zacznij się uczyć chociaż podstaw. Po angielsku można się dogadać na Półwyspie Jukatan, Półwyspie Kalifornijskim, w agencjach turystycznych i w trendy backpackerskich hostelach polecanych przez LP, a i to nie zawsze. Na szczęście Meksykanie generalnie są sympatyczni, towarzyscy i pomocni, wiele razy przysiadali się do nas, dając okazję do ćwiczenia języka lub pomagali ze znalezieniem transportu czy taniego noclegu.
Po meksykańskich drogach

Jeździliśmy głównie autobusami, busikami colectivo, trochę autostopem, raz promem i raz samolotem. Wnioski, jakie nam się nasunęły:
– generalnie po Meksyku podróżuje się łatwo, prosto i przyjemnie, sieć połączeń jest bardzo duża, a kultura jazdy jest całkiem niezła (zwłaszcza na tle innych latynowskich krajów)
– benzyna jest bardzo tania, więc najlepszą i najtańszą opcją jest własny środek transportu
– często ta sama trasa wychodziła nam taniej (i szybciej) busikami colectivo z przesiadką niż autobusem bezpośrednim
– na terenach wiejskich, prowincjonalnych drogach często autostop sam nas zabierał, zazwyczaj były to krótkie podwózki
– ciężko jest złapać autostop w niedzielę, bo wielu Meksykanów ma załadowane samochody swoją rodziną i jedzie na plaże czy w odwiedziny do kogoś
– najłatwiej łapało nam się stopa na stacji benzynowej, gdy my mieliśmy możliwość przyjrzeć się kierowcy, a on nam
– w Baja California transport jest koszmarnie drogi (niemal dwa razy drożej niż w pozostałych miejscach) za to autostop działał rewelacyjnie, sami mieszkańcy zdarza się, że tak podróżują, mają też na facebooku swoje grupy, gdzie się umawiają na wspólną podróż i dzielenie kosztów benzyny
– autobusy są na tyle wygodne, że da się pokimać w powykręcanej pozycji w trakcie nocnego przejazdu i tym samym przyoszczędzić na noclegu (no dobra Ania spała jak suseł, a Piotrek marudził), na noc weźcie śpiwór, bo czasem podkręcają klimę na maksa.
– kontrola bezpieczeństwa w autobusach to fikcja, niby sprawdzają bagaż (odepną suwak i nie patrzą co w środku), niby używają wykrywaczy metalu, który pika i co z tego (w zasadzie większość tras scyzoryk mieliśmy w kieszeni lub w podręcznym bagażu)
– różnice między pierwszą a drugą klasą bywają od znikomych po duże, ale cena jest przyjaźniejsza
– w wielu miastach na jednym dworcu jest kilka przewoźników, więc można obejść od okienka do okienka i porównać ceny, gdy dworce są rozrzucone, to najlepiej zapytać miejscowych o najlepsze opcje, jako obcokrajowca pewnie Was wyślą na pierwszą klasę, więc doprecyzujcie, że chcecie coś taniego – bywa, że Lonely Planet w ogóle nie wspomina o tańszych opcjach.
– na bardzo długie dystanse tańszy może okazać się samolot, zwłaszcza, jeśli doliczycie jeszcze ewentualny nocleg i jedzenie na czas podróży autobusem. UWAGA! Aeromexicana nie chciała przyjąć polskiej karty kredytowej przy zakupie on-line. Lepiej szukać połączeń przez wyszukiwarki tanich lotów, nie było problemu z płaceniem.
Z namiotem czy bez?

Zaczniemy od tego, że nie mamy ani ambicji, ani potrzeby, żeby spać w pustostanach byle tylko przyoszczędzić albo rozbijać namiot w parku w mieście. Szczerze mówiąc podczas pory deszczowej namiot nam się specjalnie nie przydał, podobnie jak w miastach, a spanie na piasku też nie każdy lubi. To był też początek naszej podróży i najzwyczajniej w świecie mieliśmy obawy przed spaniem na dziko. Nie mniej w Meksyku jest całkiem sporo możliwości do biwakowania, a na wybrzeżu często jest też możliwość spania w hamaku za ok. 35-60pesos.
Oficjalne miejsca na namiot:
Półwysep Jukatan: Tulum przy plaży publicznej Playa del Cocos, najbliższy sklep jest ok.2km dalej, na miejscu nie ma niczego poza drogimi knajpami i pensjonatami, więc kupcie wodę i jedzenie; Piste (koło Chichen Itza), Hotel Piramide Inn pozwala na namiot lub hamak pod palapą, duży basen, wi-fi przy recepcji, miejsce na grilla, 50pesos/osoba;
Oaxaca: Hierve del Agua, można rozbić się u kooperatywy na terenie, 40 pesos/osoba, w Puerto Escondido i Mazunte część hosteli przy plaży pozwala na rozbicie namiotu lub hamak w cenie 30-60/osoba
Chiapas: Agua Azul 25pesos/osoba; Misol Ha – nie warto, chcieli 100pesos od osoby; ruiny koło Palenque, szereg campingów cena ok. 60-70pesos/osoba; Frontera Corozal (koło ruin Yaxchilan, stamtąd jest też łódź do Gwatemali) 50pesos/osoba
Baja California: plaże aż się proszą, aby tam spać, jest tylko problem z dotarciem, jeśli nie macie własnego transportu, weźcie pod uwagę, że ruch jest mały, plaża może być za 4km w bok od drogi głównej, a najbliższy sklep 10km dalej i gigantyczny upał. W Baja California zdarza się, że pojawia się „właściciel” i chce 50-100pesos za samochód, lub za nocleg. W końcu nie przetestowaliśmy, bo ryzyko utknięcia w upale, bez wody na jakiejś bocznej drodze mocno zniechęciła nas do tego pomysłu, ale może Wam się uda
Noclegi

Generalnie nie mamy wielu miejsc naprawdę wartych polecenia, zazwyczaj kręciliśmy się po mieście i okolice dworców, okolice targów obfitują w tanie noclegi. Generalnie zasada jest taka, że Hospedaje są tańsze niż hotele czy hostele, a pokój w przeciętnym tanim hoteliku, wyjdzie taniej niż dwie osoby w dormitorium polecanego przez przewodnik hostelu. Dobrym patentem jest też możliwość zapytania o spanie w pokoju pojedynczym przez dwie osoby i targowanie ceny. Tani i czysty pokój można znaleźć w przedziale 150-250pesos (12-17$), w centrach dużych miast i na północy te ceny są wyższe do 350pesos. Czasem osoby prywatne wynajmują pokoje i można skromniutki pokoik mieć za 70 czy 100 pesos.
Nie mniej jest parę miejsc, które szczególnie dobrze wspominamy:
Tulum, Quintana Roo, La Cabaña, na tyłach dworca ADO, dormitorium, pokój na osobę 150pesos, śniadanie, świetna kuchnia, wi-fi, ogródek i kochana gospodyni
Maxico City, Casa de Amigos – koło metra Revolucion, organizacja pozarządowa z hostelem, cena za osobę 100pesos (niezależnie czy pokój czy dormitorium), osobne dormitoria żeńskie i męskie, na pokoje trzeba robić rezerwację z długim wyprzedzeniem (my się nie załapaliśmy, ale nasi znajomi tak i bardzo to sobie chwalili).
San Blas, Nayarit, Casa del Pelicano – pensjonat prowadzony przez sympatyczną rodzinę, pokój za 200pesos, kuchnia, duże patio, wi-fi, w pół drogi między centrum a plażą
Mazunte, Oaxaca – Posada Catrina, 200pesos – ogromny pokój na poddaszu w mieszkaniu artysty, który tworzy mnóstwo Catrin z masy papierowej, rewelacja; w wiosce są też proste domki Cabanas Agujon od 150pesos
Oaxaca, Oaxaca – Hostal Media Luna, dormitorium 100pesos, pokój 300 pesos, kuchnia, śniadanie, wi-fi i fajna obsługa
San Cristobal de Las Casas, Chiapas – Hostal Planet, 200 pesos za pokój z łazienką, wi-fi, kuchnia, śniadanie, patio, taras, wesoła obsługa, w niskim sezonie było bardzo miło, ale nie gwarantujemy, że nie zmienia się w party hostel, gdy jest duży ruch. W San Cristobal ponoć świetną opcją jest też Posada del Abuela.
Tortille i nie tylko

Meksykańska kuchnia na tle innych krajów wypada naprawdę nieźle, a czasem wręcz pysznie. Ceny są zróżnicowane, w zależności od tego, gdzie jesteś. Obiad na targu, danie na ulicy: 20-30pesos, menu del Dia 40-50pesos, śniadania 25-45 pesos, tanie knajpki 35-75pesos za danie, tacos 7-12pesos/sztuka. Zdecydowanie najdrożej jest w Baja California oraz na Riviera Maya, ale i tam udaje się coś tańszego znaleźć.
Czy coś zrobilibyśmy inaczej?
Gdybyśmy jechali do samego Meksyku w porze deszczowej zostawilibyśmy namiot i pojechali z samym podręcznym, ewentualnie nocowalibyśmy w hamakach.
Po otrzymaniu zgody tylko na dwa miesiące pojechalibyśmy do Belize, żeby wjechać ponownie i dostać 180 dni, zamiast gnać na złamanie karku do południowej granicy.
Nie jechalibyśmy do Los Cabos na południu Baja California, bo jest drogo i nie ma nic specjalnego jak dla nas.
Odpuścilibyśmy Veracruz i Cordobę, krócej siedzielibyśmy na Jukatanie (drogo, a inne rejony w sumie bardziej nam się spodobały)
Czy chcielibyśmy wrócić?
Zawsze! To nasz ukochany kraj!
Jeśli chcesz zobaczyć wpisy praktyczne z innych krajów kliknij tutaj.
A może chcesz wiedzieć co porabialiśmy w Meksyku? Zajrzyj tu.
