Indianie, sielsko, górzyście… Kolejne miejsce, w którym nic się nie dzieje. Poprawka, w połowie XX wydarzyło się tam coś bardzo dużego. Tak dużego, że wyrosło na 3170 m n.p.m. – narodził się wulkan Paricutín, czyli najmłodszy wulkan świata.
Angahuan jest położonym w górach miasteczkiem, zamieszkałym przez Indian Purépecha. Rześkie górskie powietrze, porośnięte lasami zbocza, deszcz siąpi z leniwie snujących się chmur. Droga dojazdowa wyasfaltowana, a dalej brukowane uliczki lub po prostu utwardzane drogi gruntowe. Na ulicach więcej koni niż samochodów, umorusane dzieciaki biegają za piłką, bądź bujają się na sznurach zawieszonych na drzewie. Kobiety noszą tradycyjne stroje – spódnice do pół łydki, haftowane fartuchy i wyszywane bluzki często z cekinami, podczas deszczu okrywają się wyszywanymi chustami.

Na ulicach widać młodziutkie dziewczyny z dziećmi. Wszystkie ulice przystrojone są biało – czerwonymi flagami, parę dni wcześniej było święto patrona miasteczka. Gdy wychodzimy na zakupy spotyka nas ogromne zaskoczenie – w wielu miejscach nie możemy się dogadać i to nie dlatego, że nasz hiszpański jest taki zły, ale ich! Miejscowi porozumiewają się językiem purépecha, hiszpański znają ci, co chodzili do szkoły – większość dzieci uczy się go dopiero tam. Społeczność żyje bardzo tradycyjnie, kobiety gotują i zajmują się przychówkiem , a mężczyźni pracują przy wyrębie lasu, zajmują się uprawą awokado lub pracują jako przewodnicy po okolicy. W pracy pomagają im często synowie. Widzieliśmy wielu małych smyków (na oko od 6 lat wzwyż), prowadzących konie z turystami. Małżeństwa zawierane są wcześnie, nawet 15 latki, aczkolwiek powoli to się zmienia, bo dziewczęta wydłużają okres edukacji. Rodziny są często wielodzietne czwórka, piątka dzieciaków to norma, ale są też rekordziści – w Angahuan żyje rodzina, która ma 19 dzieci. W zasadzie nic tam nie ma – plac, stary kościół przyozdobiony kwiatami, targu nie ma, więc przyjeżdża handel obwoźny, który z głośników reklamuje swoje towary tak, że słychać kilka kilometrów dalej. Ba! Masła też nie ma. Obeszliśmy prawie wszystkie sklepiki – w 1/3 nie mogliśmy się dogadać, w pozostałych nie było, a w jednym tłumaczyłam panu co to jest to masło, które chcę kupić. Pomimo drobnych niedogodności miasteczkiem byliśmy zachwyceni. Zupełnie inny świat, trochę jakby czas stanął w miejscu.

W pobliżu wznosi się najmłodszy wulkan świata – narodził się dopiero w 1943 roku. Do wioski Paricutín dochodziły grzmoty już od kilku tygodni. Pewnego dnia rolnik Dioniso Pulido zaobserwował na swoim polu kukurydzy szczelinę, wraz z towarzyszami postanowili ją zasypać kamieniami, szybko jednak zaniechali pomysłu, bo ze szczeliny zaczęły się wydobywać pył i odłamki skał. W ciągu jednego dnia stożek wyrósł o 50 metrów, by ostatecznie wznieść się na ponad 400 metrów nad pole kukurydzy. Kiedy doszło do erupcji, lawa i popiół doszczętnie zniszczyły dwie wioski, po San Juan pozostała tylko fasada kościoła otoczona zastygłą lawą.

Postanowiliśmy zobaczyć wulkan na własne oczy, nawet wejść na niego. Udaliśmy się z lokalnym przewodnikiem na 18 kilometrowy trekking. Większość trasy prowadziła przez labirynt zastygłej lawy i porozrzucanych skał, po drodze widzieliśmy też pomniejszy wulkan, z którego wydobywały się kłęby pary. Zwieńczeniem było forsowne podejście przez pył wulkaniczny do samego krateru. Widoki wspaniałe, zresztą zobaczcie sami:


Wulkan podobno jest nieczynny, jak nas zapewniał przewodnik, aczkolwiek z boku krateru wydobywały się strużki dymu.

Zejście było jedyne w swoim rodzaju – prosto w dół, niemal po kolana grzęznąc w wulkanicznym pyle. Na dole każde z nas wysypało niezły stożek z każdego buta.

Później poszliśmy zobaczyć ruiny kościoła w zastygłej lawie. Duże wrażenie.

Mieliśmy niesamowitego farta, bo nasza mała wycieczka była w zasadzie jedynym czasem, kiedy nie padało. Resztę czasu spędziliśmy na naszym biwaku, który niesamowicie kojarzył nam się z Polską. Co prawda te iglaki troszkę inne, a wiewiórki szare zamiast rude, nie mniej jednak było jakoś tak swojsko. Wrażenie to potęgowała pogoda i temperatura, które przypominały chłodne, polskie lato. A nasz kemping kojarzył się z wczasami zakładowymi z czasów dzieciństwa – boisko na polanie, metalowe, nieco powyginane drabinki i huśtawki.


Nic tylko siąść pod daszkiem i zatopić się w zadumie, rozpłynąć wraz z deszczem, który siąpi z nieba i zastygnąć w spokoju jak tutejsi mieszkańcy, bez pośpiechu, bez poczucia straty czasu. Po prostu być.

Było sielsko. Nie mniej postanowiliśmy jechać dalej, wybierając lokalne, powolne autobusy i częste przesiadki w różnych miasteczkach stanu Michoacan. Obrazy, które się pojawiały wyrwały nas z błogiego nastroju, wprowadziły chaos, zupełnie nieprzystający do atmosfery skromnego, cichego miasteczka gdzieś pośród gór i lasów. Zobaczyliśmy tylko jedną stronę tego świata. Co naprawdę dzieje się pośród gór? Angahuan, położone jest w stanie Michoacán, który jest terenem dwóch rywalizujących ze sobą karteli: LA Familia (Rodzina) i Los Caballeros Templarios (Rycerze Templariusze), generalnie amerykańska ambasada zaleca, żeby w żadnym wypadku tam nie jeździć. Nasze odczucia, były mieszane. Generalnie wszędzie było spokojnie, po drodze mijaliśmy różne senne miasteczka i wioseczki i tu nastąpił pewien zgrzyt. Na drogach wjazdowych do niektórych z nich były ustawione barykady, zmuszające każdy pojazd do bardzo powolnej jazdy slalomem, po bokach drogi znajdowały się posterunki otoczone workami z piaskiem na wysokość oczu, a zza worków wystawały gotowe do strzału karabiny. Część miasteczek chroniona jest nie tylko przez policję federalną, ale też obywatelskie oddziały samoobrony – wszyscy oczywiście wyszykowani jak na wojnę. Piorunujące wrażenie robi widok opustoszałego małego ryneczku ze starym kościołem, dwa stragany i 15 uzbrojonych mężczyzn – w kaskach, maskach, kamizelkach kuloodpornych, z karabinami, pistoletami, granatami i pałkami. Nawet młodzi chłopcy, w wieku nastoletnim, choć ubrani po cywilnemu, to w kamizelkach kuloodpornych i kaskach. Miasteczka te sprawiają wrażenie duchów… Niby toczy się jakieś życie, ale zarazem wszystko jest ciche i zastygłe, a jednocześnie pełne napięcia i gotowe.
Jak jest naprawdę nie wiemy, nikt też nam o tym nie opowie. Jak się przekonaliśmy wojna narkotykowa i korupcja nie są tematem, o którym ludzie w Meksyku chcą rozmawiać, na pytania odpowiadają bardzo wymijająco, po czym zmieniają temat. Nie jest bezpiecznie wiedzieć i mówić zbyt wiele. Oficjalne statystyki mówią, że od stycznia do maja tego roku w Michoacán popełniono 464 zabójstwa i było 79 uprowadzeń. Niektóre z takich porwań i „przesłuchań” (czasem zakończone egzekucją) można obejrzeć na youtube jako propagandowe filmiki różnych karteli. Wojna narkotykowa toczy się poza naszym wzrokiem.
I tradycyjnie zdjęcia w galerii:















2 comments on Z dala od zgiełku miast – Angahuan, Michoacán
ołówek
Masła się zachciało ;p
Dziękuję za żelazko i pozdrawiam
frikiafriki
Ty byś lepiej rosołu ugotował (tak się chwaliłeś w górach)
– Piotr
Hej! Jak miło, że piszesz! Prasuj na zdrowie! Pozdrawiam! Ania